wtorek, 20 września 2011

Gdańsk-Sopot

Bloga pisałam w 2007 jak dopiero blogerzy w Polsce stawiali pierwsze kroki no może nie wszyscy ale ja na pewno a potem rewolucja się zaczęła tak szybko, że mojego bloga gdzieś przenieśli i teraz po latach go odnalazłam i przerzucam sobie takie stare wspomnienia z wakacji a potem zacznę pisać na bieżąco ....

Gdańsk-Sopot

Po ciężkim tygodniu pracy w planie wypad do Sopotu.Pobudka o 4.40 aby przed 11-tą być już nad morzem.Po małej drzemce w pociągu , za oknem rozciągają się przepiękne widoki, to jezioro z wiatrakami na wzgórzu, to malowniczy zamek w Malborku, to stawy poprzedzielane groblami , to misterny most na Wiśle przy wjeździe do Tczewa.


Im bardziej się zbliżam do Gdańska to mnie korci aby zrobić sobie wypad na Starówkę, bo z Sopotu , już nie będzie czasu tu przyjechać.A ponieważ byłam umówiona w Sopocie z Maną, która jechała z Kołobrzegu na 13, więc jest trochę czasu na kawę w Gdańsku. Wybrałam Cafe Ferber na Długiej z wygodnymi fotelami i piękną czerwoną toaletą :)






Długi Targ tak zatłoczony głównie niemieckimi wycieczkami ,że się przejść nie dało.

Ale odrestaurowane kamieniczki rekompensują ten tłok i jest czym oko nacieszyć . Dwór Artusa z Neptunem na pierwszym tle to symbol Gdańska i jedno z najczęściej fotografowanych miejsc i ja się tej pokusie nie oparłam.






Obok równie malowniczy Ratusz.








































Nie byłabym sobą gdybym nie doszła do Starej Mottawy aby uwiecznić słynny Żuraw Gdański

oraz potężną Zieloną Bramę kończącą drogę Królewską.













W drodze powrotnej skręciłam trochę w boczne uliczki a tam cisza i spokój jak bym się nagle znalazła w innym mieście a zabytki równie piękne jak na przykład Katedra NMP.










Największym zaskoczeniem było dla mnie gdy zobaczyłam w zabytku klasy "0"sklep Biedbonka.Wielka Zbrojownia na Targu Węglowym właśnie mieści w swoim wnętrzu po prostu sklep. Sam bydynek jest tak ślicznie odnowiony , że trudno uwierzyć , że ktoś mógł wpaść na tak szaleńczy pomysł.





















Wracając na dworzec spotykam jeszcze Sobieskiego na koniu i w oddali widzę żurawie portowe


Do Sopotu przyjeżdżam godzine przed Maną i bulwarem nadmorskim udaję się do Gdańska Jelitkowa jak się później okazało bo tam mamy metę. Droga okazała się nad wyraz długa , co wynikało z mojego zmęczenia ale w końcu dobrnęłam do celu. Po paru minutach dojechała Mana i po krótkim odpoczynku wybrałyśmy się nad morze. A widoki były cudne, to żaglówki, to serfujący , to mewy .




Spacer wzdłuż morza na bosaka to jest wspaniałe uczucie , szczególnie jak ostatnio nad polskim morzem było się przed 15-tu laty.



































Droga na Molo zajęła nam godzinę ale dodatkowo zatrzymałysmy się na ryby w barze Przystań , a było w czym wybierać i zamówiłyśmy furę jedzenia , tak dostałyśmy nasze porcję to miny miałysmy nie tęgie.Ale powoli uporałysmy się z naszym obiadem , przyrzekając ,że na następny raz weźmiemy znacznie mniej.


Celem spaceru było oczywiście dojście do mola , gdzie się sfotografowałyśmy.




























Na końcu mola jest kawiarnia , gdzie wpadłyśmy się trochę rozgrzać herbatką i schować się przed czarną chmurą.


Wybór był trudny , w końcu wybrałyśmy herbatę z 3 rodzajami cynamonu i cytrusów oraz z porzeczką i czymś tam ale już nie pamietam , pamietam natomiast cenę, 12 zl za jeden dzbanuszek herbaty !















W drodze powrotnej widziałyśmy łodzie wyciągnięte na piasek, które dodawały uroku pustoszejącej plaży. I tak dobiegł końca pierwszy dzień pobytu nad morzem.

Ledwo położyłam się do łóżka to od razu zasnęłam, nawet nie zdążyłyśmy z Maną porozmawiać , kilometry spaceru po plaży , powietrze pełne jodu i moc wrażeń zrobiły swoje.





Następny dzień Mana zaczęła również od spaceru nad morzem , ja nie mogłam wstać , zbyt forsowny był ten pierwszy dzień. myślę ,że następny raz żegnamy nasze mieszkanie i przewozimy rzeczy na dworzec a potem pędzimy na gofry i dobrą kawę.






















Potem idziemy podziwiać chińską armię terakotową czyli VIII cud świata. Do tej pory nic o tym odkryciu nie wiedziałam, sama wystawa była w Warszawie ale jakoś nie wzbudziła mojego zainteresowania, czasami na wyjeździe gdy się ma więcej czasu zaglądamy do takich miejsc jak to. Ten mały wycinek wielkiego odkrycia i tak robi niesamowite wrażenie, bo z 6-ciu tysięcy figur terakotowych armii cesarskiej tu było ich zaledwie kilkanaście ale świetnie zrekonstruowane i wystawione pobudzają wyobraźnię, że chciało by się to odkrycie zobaczyć na miejscu w Chinach :). Oczywiście kupon konkursowy został złożony i gdy wygramy wycieczkę do Chin to i blog będzie o tym !

Ciekawostką tego odkrycia jest ,że z 6- cio tysięcznej armii nie powtarzają się rysy twarzy wojowników , tak jak by było to odwzorowanie rzeczywistego wojska.Znaleziono również




















W drodze powrotnej taki zobaczyłam krajobraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz