piątek, 30 września 2011

Dom w Toskanii

Kupiłam ! kupiłam książkę a to już dużo bo od lat staram się nie kupować książek bo nie mam ich gdzie pomieścić.Czytam książki pożyczone z biblioteki lub od znajomych.Dzisiaj zrobiłam wyjątek a dla jakiej książki ? dla książki Anity Stojałowskiej- Dom w Toskanii !! a dlaczego ? bo po przeczytaniu od deski do deski bloga jestem pod wrażeniem języka przekazu oraz pasji autorki !! Tak , tak jakbym była zaczarowana tą blogową opowieścią.Musiałam 2 lata bloga nadrobić aby być na bieżąco ale teksty są zachwycające już nie wspomnę o wyczarowanym miejscu.Teraz zaglądam tam codziennie ale jak się robi inne rzeczy to nie da się pisać codziennie na blogu, więc kupiłam książkę,z rozkoszą przeczytam i kiedyś pojadę po autograf do autorki :)
Jak przeczytałam opis granatów z 25 grudnia to od razu z sentymentem popatrzyłam na kupiona dynię,okrąglutką,błyszczącą i cudownie pomarańczową, obfotografowałam ją


a potem nagotowałam pysznej zupy krem z imbirem i nawet mnie nie wkurzał pryskający dżem aroniowy po całej kuchni .
A wracając do książki to była ostatnia na półce w największym i najstarszym Empiku w Warszawie w Domach Centrum. Dumna z zakupu wyszłam na ulicę z książką pod pachą i zobaczyłam piękną panoramę Warszawy z fioletowym Pałacem Kultury w zachodzącym słońcu.Szkoda tylko,że nie mogłam tego widoku utrwalić w kadrze ale za to jutro jest sobota i siądę w fotelu z dobrą kawą i pojadę do Toskanii z Anitą.

poniedziałek, 26 września 2011

Reika Body Expression

tego się nie spodziewałam ,że tak miło spędzę niedzielny wieczór.W małej Sali Kameralnej Teatru Wielkiego występy miał zespół Reika Body Expression- taneczny zespół z Japonii.Przez 2 godziny przeniosłam się do Japonii, piękne kostiumy - od kimona,samurajskich stroi po zwiewne tuniki,balet łączył się z japońskim tańcem.Tańczyło całe ciało ale ruch rąk był powalający.Do tego doszły maski , w wachlarze,świecące lampki i miecze.Taniec w sieci był bardzo wymowny i poruszający.

piątek, 23 września 2011

jesień za oknem

dzisiaj się zaczyna kolejna jesień, na szczęście nie jesień mojego życia, bo ja się nie daję !!! ale zbliża się czas Uniwersytetu Trzeciego Wieku i to dosłownie bo inauguracja na SGH rozpoczyna się 5 października a więc czas zacząć uczyć się języków a ja mam się czego uczyć bo w ubiegłym roku zapisałam się na ...japoński...Siedzę i powtarzam "ano onna no hito ha dare no tsuma desu ka " czyli ta kobieta czyja to żona albo "takai hon ha watashi no tsukue no ue ni arimasu " - droga książka jest na moim biurku, nie jest łatwo gdy pamięć jest leniwa i zapominam podstawowe rzeczy, miejsca już o datach nie wspomnę ale mówią ,że trzeba ćwiczyć więc ćwiczę.Za hiszpański się jeszcze nie zabrałam ale tu mi powinno pójść łatwiej bo zawsze z czymś można skojarzyć jakieś słówko i już jest dobrze.Muszę się w weekend wybrać na jesienną sesję zdjęciową w plener bo jest cudnie jak drzewa się robią takie kolorowe. Jak coś zrobię ciekawego to oczywiście pokażę :)

środa, 21 września 2011

Ja sie ucze wstawiać linki , ha , ha ,ha a mam super nauczyciela i już będe umiala i proszę zagladnąć na mazowiecka wieś.

poranny sms

Dzisiaj rano dostałam sms-a od koleżanki "od 1/10/11 jestem bezrobotna i szukam pracy a do tego mój lokator się wyprowadził , jestem zdołowana , pa B. " Bardzo mnie poruszył ten sms , bo ile jest takich osób , które na nędznej emeryturze próbują sobie jakoś radzić dorabianiem , wynajęciem pokoju a jak to się kończy łapią doła.A do tego zbliża się jesień, czas nostalgii, braku słońca i jak nie musisz to siedzisz w domu i znowu łapiesz doła.Myślę ,że jedyny ratunek to wyjść do ludzi, nawet być z nimi bez dodatkowego zarobku aby tylko nie dać się tej podstępnej chorobie jak samotność.
Nie jest łatwo wiem, znam taki przypadek,że renta nie wystarczała nawet na kupno biletu na autobus i osoba się poruszała tylko w zasięgu dojścia pieszo do różnych miejsc.Ale się udało , znalazła wykładu na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, potem zajęcia w instytucji pozarządowej dla osób starszych a potem sama zaczęła tam pracować charytatywnie aż tyle się nauczyła ,że sama uczy innych a za prowadzone kursy dostaje wynagrodzenie. Ale na to trzeba czasu i ochoty i tego życzę mojej koleżance aby Jej się też tak udało.

wtorek, 20 września 2011

Poznań po Św.Marcine 2007

poniedziałek, 26 listopada 2007

Jesienny Poznań

Kolejny wypad był już dawno zaplanowany do Poznania na Świętego Marcina.Jak świętować to tylko w Poznaniu, ale zakaz handlu 11 listopada odwiódł mnie od tego zamiaru , bo chciałam odwiedzić również Stary Browar.Poznańska rodzina Agata i Wojtek nie chcieli abym odkładała przyjazd aż do wiosny , więc tydzień po Św. Marcinie bladym świtem wyruszam do Poznania.
Za okanmi pociągu na równinach Wielkopolski bajeczny mglisty krajobraz,przecinany rozwichrzonymi miedzami,laskami z gołymi drzewami i gdzie niegdzie majaczącymi rudymi modrzewiami.Miejscami całe połacie siwej kapusty we mgle.
A w Poznaniu witają mnie A. i W. i porywaja mnie do przeuroczego mieszkanka, pełnego czaru i artystycznego klimatu.





Tu nie przeszkadza ,że peruka różowa notabene, leży koło niebieskiego ptaszka i srebrnych balerinek.




Na szafie siedzi biały ludek i patrzy z góry na nas.Koń na biegunach zatrzymał się w czasie i jest przeszkadza, chociaż mała Magda już jest duża.A pod ścianą na białej podłodze siedzi sobie brązowy renifer.To klimat tego domu zatrzymujący czas przeszły ale również tu się tworzy cały czas nowe rzeczy z tych zapomnianych.







W. w kuchni przyrządza pyszną kawę. A potem lecimy do Browaru ogladnąć House -prezentację video fińskiej artystki Athili.









Sam Stary Browar to cegła, metal i przepiękna konstrukcja łącząca stare z nowym.



































Ale również cudowne miejsce nie tylko na zakupy , gdzie iskrzące się światła pozwalają zapomnieć o ponurej jesieni ale również miejsce spotkań i wydarzeń artystycznych.
Pokazanie projekcji Athili to tak jak by się wyrwać do zupełnie innego świata- zadumy i magii .












Część stara Browaru jest zachowana i wspaniale łączy się nowoczesnym dachem.























Na pamiątkę pobytu zrobiłam sobie zdjęcie pod rzeźbą na Dziedzińcu Sztuki.

Warszawa pożeganie lata 2007

Czy dzisiaj bym napisała takiego bloga ? nie wiem ...

czwartek, 11 października 2007

Pożegnanie lata

Kolejny weekend zamiast gdzieś wyjechać spędziłam w Warszawie na Nowym Świecie.Miałam odwiedzić stoisko promujące wystawę 70 lat Rajdu Tatrzańskiego a okazało się ,że ta wystawa odbywa się w ramach zamknięcia sezonu motocyklowego. Takiej ilości motorów jeszcze nie widziałam w Warszawie.Wszystkie wyczyszczone, błyszczące a kierowcy w odświętnie ubrani i do tego każdy w swoim stylu do posiadanego motoru.
Ciekawostką stoiska Automobilisty była rzeźba rajdowego motocyklisty wykonana przez mojego brata Piotra z części motocyklowych. Chyba najczęściej fotografowany obiekt na tym zlocie. Piotr przywiózł kilka starych motorów na wystawę , między innymi WSK,Bulltaco,Hondę , hiszpańską Ossę Był też wystawiony rajdowy skuter - polska Osa, której konstruktorem był między innymi Zbigniew Kulczyński a startował na niej również Ferdynand Kupski.Impreza była 2 dniowa a w niedzielę o 12.30 ruszył objazd wszystkich motorów po ulicach Warszawy.
Na zlocie była też grupa ociemniałych chłopców , którzy zapoznawali się z konstrukcją skuteru Osa.Było to dla mnie wzruszające doświadczenie.
Po południu pojechałam z Piotrem do Mistrza Rajdu Tatrzańskiego z lat 50-tych , gdzie oglądaliśmy stare fotografie i słuchaliśmy opowieści z tamtych lat.Najciekawsze było zobaczeć przepięknie odrestaurowane stare motory przez p.Ferdynanda , Sokoła, Victorię i przeuroczą Osę.

Wyprawa do Drohiczyna 2007

Marzy mi się aby tą wyprawę powtórzyć ale zawsze coś staje na przeszkodzie, było bajkowo i magicznie oraz energetycznie ...


wtorek 14 sierpnia 2007

Kamieńczyk-Drohiczyn-Ostrożany

Samochód pełen zakupów i czekam na pociąg z Krakowa aby z serdeczną przyjaciółką z Krakowa wypaść na parę dni na działkę do Chętnikowa a właściwie do Kamieńczyka. Mamy tylko parę dni na ten wypad a Mana jeszcze nie była na działce, a teraz już jest na środku działki pod modrzewiem choć jeszcze nie do końca wierzy ,że jednak dotarła w te nadburzańskie lasy.


Zanim dotrzemy nad Bug napierw zwiedzamy okolice Liwca , gdzie nawet można było spotkać jeźdźców na koniach jadących po mazowieckich łąkach.


W niedzielę odwiedzamy Kamieńczyk , a tam niespodzianka - Odpust i kolorowe stragany















pierścionkami, koralami i balonami.
Potem spacer po lesie dla zdrowia i nawet 2 grzyby udało się znaleźć. A w poniedziałek wyruszamy na upragnioną wyprawę do Drohiczyna. Coż za spokój nas tam zastał.













Miasteczko jak ze snu.Ludzie jakby się gdzieś pochowali i tylko paru turystów , którzy popłynęli po Bugu stateczkiem. A widok z niego wprost niebotyczny od zarośnietych brzegów odbijających się w tafli wody do zespołu katedralnego na wzgórzu.































Po przejażdżce , wizyta w muzem diecezjalnym a tam piękne zbiory i perełka , rzeżba Maryji Bolesnej o wyglądzie polskiej chłopki, cudo...





















Już tak uduchowione po uczcie dla ciała w pensjonacie Irena wyruszamy na kolejne podboje duchowe tym razem do Sanktuarium Maryjnego w Ostrożanach. Wita nas piękny kościólek drewniany i na szczęście jedne drzwi są otwarte i udaje się nam wejść do środka, chociaż cudowny obraz Maryji nie jest umieszczony w ołtarzu głównym to i tak uznajemy to za wielki sukces, że kościół odwiedziłyśmy. Przyrzekamy sobie jeszcze raz tu przyjechać aby zobaczyć wnętrze w całej krasie.














W drodze powrotnej pola po żniwach przypominaja krajobraz Toskanii



























a w Starej Wsi spotykamy zespół pałacowy.









Na pożegnanie jeszcze jedna wyprawa do lasu i tam hartowanie stóp na mokrych od rosy dywanach z mchu i obietnica ,że jeszcze tu razem przyjedziemy aby podziwiać urocze krajobrazy , miasteczka, kościoły.

W Świętokrzyskie wyprawa 20/08/2007

ten post jest szczególnie cenny bo zaginęły mi zdjęcia z tej wyprawy, gdzieś chyba ze spalonym dyskiem uleciały a CD nie mogę znaleźć

Wróciłam tutaj po paru latach i też była sikorka, którą kupiłam na prezent koleżance z Australii

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

Wióry-Ćmielów-Kałków/Godów-Ujazd

Ten wyjazd był zupełnie nie zaplanowany, Celinka dała hasło , jestem na wakacjach -przyjeżdżaj. I co robi Danusia ? oczywiście jedzie :) Na Ziemii Kieleckiej dawno mnie nie było.
Chociaż deszcz padał wybrałam się w nieznane.Wióry to nawet nie wioska tylko zbiornik wodny na Pokrzywiance ( nigdy o takiej rzece nie słyszałam ) koło Ostrowca Świętokrzyskiego.











Samo mieszkanko zupełne cacko, Celinka wie gdzie mnie zapraszać:)
a jaki widok na zbiornik wodny











Zaraz zmieniamy samochód i Celinka zabiera mnie na wycieczke do Ćmielowa aby zwiedzić Muzeum Porcelany.Nie wiedziałam, że zakłady porcelany w Ćmielowie zostały podzielone i część z produkcją głównie figurek przeszła w ręce prywatne ( Adam Spała jest właścicielem i nas oprowadzał po Muzeum).











Ładnie zaaranżowana sala wystawowa ze skatalogowanymi wzorami do kupienia( każda figurka ma swój certyfikat , które zostaje wydany przy zakupie ).











Samo Muzeum jest nieduże ale nazwane jako żywe bo można za opłatą 300 PLN samemu uczstniczyć w produkcji figurki!! Aż tak nie poszalałyśmy , natomiast po zakończeniu wybrałam sobie do kupienia śliczną sikoreczkę ,projekt autorstwa M.Naruszewicza z 1960 roku.











Z Ćmielowa jedziemy prosto do Krzemionek Opatowskich , gdzie można zwiedzać kopalnię krzemienia pasiatego, oj te wisiorki to są są dopiero piękne ale wcale nie jest łatwo wybrać najładnieszy bo ich jest dużo a każdy inny i piękny.
W kopanii zdjęć nie robiłam , bo tam są trudne warunki oświetleniowe a i też trzeba zapłacić za robienie zdjęć ( chytrość mnie zgubiła i tylko mam szybu zdjęcie )
Świętą niedzielę rozpoczynamy od mszy w Sanktuarium Maryjnym w miejscowości Godów -Kałków.
Do tego miejsca pielgrzymują osoby głucho-nieme a msza święta jest tłumaczona na język migowy co było dla mnie miłą niespodzianką.
Potem krętemi pustymi drogami dojechałyśmy do miejscowości Ujazd, gdzie na wzgórzu królował zamek Krzyżtopór.Budowla olbrzymia, malowniczo położona i całkiem nieźle zachowana ( prace zabezpieczajace w toku) . Budowla oparta na rzucie pięciokata z dwoma dziedzińcami oraz z 4 wieżami jak liczba pór roku, 12 salami balowymi jak liczba miesięcy, z 52 pomieszczeniami gościnno-gospodarczymi jak liczba tygodni oraz z 365 oknami jaki liczba dni w roku. W roku przestępnym odsłaniano dodatkowe okno.
Chodzenie po korytarzach , salach i krużgankach zajęło nam sporo czasu ale warto było ,żeby mieć parę ładnych zdjęć.
Zajechałyśmy jeszcze do Opatowa, gdzie zwiedziłyśmy Koliegiatę św. Marcina i chciałyśmy potem coś zjeść ale po szleństwie ślubów w sobotę 07-07-2007 , restauracje nie były w stanie nas obsłużyć , więc coś po drodze przekąsiłyśmy nie zwiedzając wszystkiego i pora była juz wracać do Warszawy.

Białystok-Supraśl-Kruszyniany sierpień 2007

w tym roku 2007 co weekend gdzieś jechałam w wakacje

czwartek, 23 sierpnia 2007

Białystok-Supraśl-Kruszyniany

Czas zrobić wypad do rodziny w Białymstoku, który ciągle odkładałam.TKL za 3 pln miejscówka i 2.50 godziny podróży i już jestem w Białymstoku.Rodzinka czeka niezawodnie na dworcu i po rodzinnej pogawędce proponują małą przejażdżkę po okolicy.

Pałac Branickich - Luwr Północy, jeszcze jest w remoncie , ale już widać jego całą krasę.









Jeepem wybieramy sie na bezdroża koło Wasilkowa aby zobaczyć jak się buduje obwodnica Białegostoku.Maciek prowadzi tu nadzór budowy więc pokazuje swoje królestwo.
Potem krótki wypad do Supraśla , gdzie pięknie wygladała cerkiew oświetlona przez zachodzące słońce.









Po powrocie Dorotka pokazuje uroczy dom, pełen pamiątek (zdjęć) rodzinnych.Ma też małą galerię ręcznie robionych lalek , ale nie wpadłam na pomysł ,żeby je sfotografować:(









Następnego dnia wyruszamy aż na samą granicę , gdzie czeka długa kolejka TIR-ów do przejścia w Bobrownikach, a my skręcamy w boczną drogę ( jeep daje taką szansę ) i jedziemy do wioski tatarskiej Kruszyniany.
Stąd pochodzą korzenie Maćka i nawet jest chata rodzinna, ale zamknięta więc siadamy z Dorotką do fotografii na ganku .
Ciekawostką jest tutaj tatarski drewniany meczet, który na bosaka zwiedzamy.Stąd ruszamy prosto do Angeli Bohdanowicz na tatarskie jedzenie.Urocze młode Tatarki obsługują , próbujemy nowej potrawy- w misce z ciasta zapiekane warzywa z baraniną - niestety nazwy nie zapamietałam.
Obok karczmy stoi jurta tatarska do której nie omieszkałam wejść ,żeby zobaczyć jak Tatarzy mieszkają na stepach.



W drodze powrotnej przez Krynki odwiedzamy jeszcze miejsce modlitw ekumenicznych gdzie stoi krzyż chrześcijański, prawosławny a na kamieniu wykuty jest półksiężyc z gwiazdą. Ołtarzem jest wypolerowany głaz kamienny. Przejeżdżamy przez Supraśl , gdzie wpadam po kartacze ( ziemniaczane pyzy faszerowane mięsem ) i kiszkę ziemniaczaną aby te smakołyki zabrać do Warszawy.Jeszcze ciepłe dowiozłam do domu a jakie smaczne , palce lizać.